Entry: Czysta karta, rozdz.5 Sunday, May 09, 2004



Mam gotowy kolejny rozdział "Czystej karty." Miłego czytania.



TABULA RASA

Rozdz.5 "Na nieznanym terytorium"

 

Oburzające! Bezczelny drań!

I dlaczego wyglądał na takiego zadowolonego z siebie?

Tkwiliśmy w tym bagnie razem, prawda? Zagubione i bez wspomnień ofiary jakiegoś okropnego wypadku. Dlaczego był taki pewny siebie? Nie, to było coś więcej, odkąd zaczął ze mnie drwić, wyglądał na naprawdę usatysfakcjowanego.

Zachowywał się swobodnie, gdy tymczasem ja byłam kłębkiem nerwów.

Byłam bliska paniki, przerażona!

Nic nie wiedziałam i to było najstraszniejsze. Nie byłam tego całkowicie pewna, ale miałam przeczucie , że nie lubiłam nie wiedzieć, co się wokół mnie dzieje.

Jakim cudem zostałam przydzielona do pary z tym czarnym strachem na wróble?

Kiedy podążaliśmy w kierunky najbliższej klatki schodowej, postanowiłam ustalić dokładnie, o czym wiedziałam.

Zastanowiłam się... obudziłam się w czymś, co wyglądało jak zamek pełen dziwacznych mieszkańców... właściwie, to obudziłam się leżąc na jednym z nich.

Nie znałam żadnego z nich, a oni najwyraźniej nie znali mnie. Nie miałam pojęcia, gdzie byłam. I nie wiedziałam, czy coś mnie łączyło z przerośniętym nietoperzem idącym obok.

Jak śmiał?

Jak śmiał mnie pytać, dlaczego obudziłam się leżąc na nim, kiedy nawet nie znałam własnego imienia? Prawdopodobnie nie potrafiłabym też rozpoznać własnej twarzy w lustrze.

Nienawidziłam tej sytuacji.

Czyżbym nagle jęknęła? Dlaczego Batman tak dziwnie zerka na mnie z ukosa. Miałam nadzieję, że nie zajęczałam.

Wychodząc z sali, podzieliliśmy się w pary tak, jak zasugerowała kobieta w szpiczastym kapeluszu. Szkoda, że nie mogłam być z nią w parze, wyglądała na najbardziej godną zaufania osobę spośród naszej małej grupki imprezowiczów. Zamiast tego, wysłała mnie z tą mroczną figurą. Brrr....

Naprawdę potrzebowaliśmy znaleźć kogoś, kto mógłby nam pomóc. Minęło zaledwie pięć minut odkąd opuściliśmy salę, a już napotkaliśmy kłopoty. Gdy wchodziliśmy po schodach, odkryłam, że kończą się one w powietrzu, omal przez to nie spadłam.

Naszczęście nietoperz chwycił mnie za kołnierz. Tak, wolałam zostać uduszona niż roztrzaskać się przy zderzeniu z ziemią.

Cała drżąca ze strach spojrzałam w dół. "Kto zaprojektowałby schody prowadzące do nikąd?"

Mężczyzna odwrócił się z szelestem zamiatając szatą podłoże, nie odpowiedział na moje pytanie. Schodził na dół, krocząc pewnie przede mną, ledwo dałam radę za nim nadążyć.

"Zaczekaj," zasapałam, "jeśli to zamek, to musi gdzieś mieć bibliotekę. Moglibyśmy znaleźć odpowiedź na to, co się z nami stało, w którejś z książek."

Zaśmiał się szyderczo. Rany, miał ograniczoną ilość wyrazów twarzy. "A jaką książkę proponujesz byśmy przeczytali? 'Utrata przytomności dla początkujących' czy 'Zrób to sam - Amnezja' albo po prostu 'Szaleństwo'?"odpowiedział głosem ociekającym sarkazmem. "A co powiesz o 'Zgubić się bez pamiętania własnego imienia'?"

Miałam dość jego drwin. Cała sytuacja była frustrująca, a poza tym były granice, ile osoba nie mająca żadnych osobistych wspomnień może znieść. Coś się we mnie przełamało. Pobiegłam za nim krzycząc: "Tak, a gdy już o tym mówimy, może znajdziemy 'Przewodnik do budzenia się na dziwakach.'"

Chwileczkę - czyżbym zauważyła delikatny uśmiech na jego twarzy? Proszę, nie mówcie mi, że miał takie właśnie poczucie humoru.

Schodziliśmy coraz niżej, a on nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. Byłam cicho, no bo co mogłam powiedzieć? Poza tym był starszy ode mnie, więc to on objął prowadzenie.

"Lochy," odezwał się bez uprzedzenia.

"Co proszę?" Czyżby chciał mnie zamknąć?

"To droga do lochów."

"Skąd wiesz? Byłeś już tu kiedyś?"

Zatrzymaliśmy się na chwilę. "Prawdopodobnie," odpowiedział z wahaniem rozglądając się wokół. Było tu o wiele ciemniej i miałam problemy z przystosowaniem wzroku do słabnącego światła. "Po prostu wiem."

Nie przeszkadzało mi to. Prawie o niczym nie miałam pojęcia, a każdy strzępek informacji wydawał się lepszy niż nic. Więc jeśli wiedzieliśmy, gdzie w tym zamku były lochy, to z pewnością mogliśmy ich unikać ze wszystkich sił.

Mój towarzysz miał jednak zupełnie inne plany. Jeszcze bardziej zdeterminowany niż wcześniej, ruszył w ich kierunku.

"Co robisz?!" krzyknęłam, usiłując dotrzymać mu kroku.

"A jak sądzisz?"

"Nie zamierzasz chyba iść w ich kierunku?"

Zatrzymał się i obrócił patrząc prosto na mnie. Był zirytowany. "Wątpię, żeby twoja pozycja umożliwiała zrozumienie moich myśli, ale tak, zamierzam iść dalej w tym kierunku."

"Ale dlaczego?!"

Gdyby wzrok mógł zabijać, z pewnością byłabym już kupką popiołu. Westchnął i zbliżył się do mnie. Znajdowaliśmy się kilka cali od siebie. Nie wiedziałam dlaczego, ale miałam przez to problemy ze skoncentrowaniem się na jego słowach. ... Wow, miał najciemniejsze oczy jakie widziałam ... ahh, nie żebym to pamiętała ... "Słuchaj uważnie, bo nie mam zamiaru się powtarzać," syknął, "Wydaje się, że mam jakieś niewyraźne wspomnienia dotyczące tego miejsca, a z tego wynika, iż musiałem już tu kiedyś być. Moim zdaniem to robi lochy doskonałym miejscem do rozpoczęcia naszych poszukiwań. Jeśli się ze mną nie zgadzasz, możesz nadal wałęsać się bez celu wokół. Nie będę cię zatrzymywał."

Robił się coraz bardziej surowy. Bycie zdenerwowanym i zmartwionym, w takiej sytacji jak nasza, było czymś zupełnie naturalnym, ale on robił się coraz bardziej złośliwy. Jeśli to właśnie były chwile, gdy jego prawdziwa osobowść wydobywała się na światło dzienne, to mogłam mieć większe kłopoty niż przewidywałam.

"Nie ma potrzeby, żebyś traktował mnie, jak kogoś gorszego od siebie," odpowiedziałam. "Za kogo wogóle się uważasz?"

Zarobiłam kolejne prawie zabójcze spojrzenie, ale nie dał mi odpowiedzi. Dobrze, to nie było (miałam nadzieję) najmądrzejsze, co kiedykolwiek powiedziałam. Próbowałam trzymać buzię na kłódkę, kiedy ponownie ruszył w kierunku lochów i skoncentrowałam się na dotrzymaniu mu kroku. (Być może nie był najprzyjemniejszym towarzyszem, ale jakkolwiek straszny by nie był, to zwiedzanie tej przestrzeni na własną rękę, wydawało mi się bardziej przerażające.)

W końcu dotarliśmy do końca schodów. Przed nami rozciągał się mroczny korytarz, który na końcu rozwidlał się i prowadził w dwóch, zupełnie różnych kierunkach. Stało w nim więcej zbroi rycerzy, na ścianach wisiało kilka portretów i znajdowało się także kilka par drzwi. Popatrzyłam się na portret wiszący najbliżej mnie. Pokazywał starszego mężczyznę w błyszczących szatach, siedzącego przy biurku. Spał.

Mój towarzysz także przyglądał się obrazom. Po chwili pokręcił głową, wyglądał na zdezorientowanego. "Wszyscy śpią."

"Kto?" zapytałam.

"Ludzie na tych portretach. Wszyscy śpią."

Miał rację. Wszystkie portrety przedstawiały śpiących mężczyzn i kobiety. Byli ubrani w szaty i szpiczaste kapelusze (wydawało się to powszechną praktyką w tym miejscu). Wyglądało to naprawdę ponuro. Nie podobało mi się.

Byłam bliska załamania nerwowego. Nieświadomie zbliżyłam się do niego. Był najbliższą rzeczą przypominającą osobę ludzką, prawda? Jednak próbowanie uzyskania komfortu z jego obecności, było jak próbowanie wyciągnięcia ciepła z kostek lodu. Ignorując całkowicie moją nerwowość, pochylił się nad jednym z portretów, żeby przyjrzeć mu się dokładniej. "Wyglądają prawie, jakby byli żywi," powiedział podziwiając szczegóły. "To .. niesamowite."

"Ale oni śpią."

"Niezupełnie, a wszystko przez was. Moglibyście rozmawiać trochę ciszej? Zaczęliście krzyczeć już na schodach. Słyszałem was wyraźnie." Odezwał się głos za nami, podskoczyliśmy zaskoczeni. Nikogo nie było.

"Słyszałeś?" szepnęłam.

"Ha, teraz zaczynacie szeptać, dziękuję bardzo."

To był...O MÓJ BOŻE, to był mężczyzna śpiący na portrecie obok??? Tylko, że teraz już nie spał, obudził się i RUSZAŁ się i MÓWIŁ.

Obraz do nas mówił.

Dobrze. Wzięłam głęboki wdech i policzyłam do dziesięciu.

Obraz nadal mówił.

Kilka rzczy wydarzyło się w tej samej chwili.

Okropnie przerażona, zrobiłam to, co każdy by zrobił na moim miejscu. Rzuciłam się na mojego mrocznego i imponującego towarzysza i usiłowałam się ukryć za jego plecami. Jednak, ponieważ nie doceniłam własnej siły, przewróciłam go i wylądowałam na nim (hmm, zaczynało mi to wchodzić w nawyk... Zaczęłam się zastanawiać, czy może wcześniej nam się już to nie przydarzało). Razem przewróciliśmy jeszcze zbroję stojącą w pobliżu. Zrobiła sporo hałasu rozlatując się na kawałki i tocząc się we wszystkich kierunkach. Hałas obudził inne postacie na obrazach, które zaskoczone zacząły narzekać na nasze najście.

To był koszmar.

Gdzieś pośród tego całego zamieszania, zaczęłam krzyczeć i nie przestawałam. Nie miałam najmniejszego zamiaru przestawać.

Ktoś zaciągnął mnie do najbliższego pokoju. Było w nim bardzo cicho, nielicząc moich krzyków. Ktoś kazał mi się uspokoić. Ktoś mną potrząsnął, karząc mi się "zamknąć do diabła." Więc to zrobiłam.

Najwyraźniej, to właśnie mój czarny rycerz mnie ocalił. Musiał się w jakiś sposób wyplątać z mojego uścisku i wyciągnąć mnie z tego pandemonium, które rozgrywało się w korytarzu. Byliśmy w ....

"Czy to klasa?" zapytałam rozglądając się wokół. Nadal miałam zachrypnięty głos od krzyczenia.

"Na to wygląda."

"Więc to jest..."popatrzyłam się mu prosto w oczy.

Dokończył moje zdanie, "... szkoła? - Na to wygląda."

W końcu znaleźliśmy jakąś przydatną informację. Szkoła, jak wiadomo z defincji była miejscem, gdzie zdobywało się wiedzę, gdzie panowała dyscyplina i porządek. Jakie straszne i dziwne rzeczy mogły wydarzyć się w szkole?

Zaczął przemierzać pokój. "Obrazy mówiły do nas."

Och, zapomniałam o tym. Och, ale przecież to była szkoła, dobre miejsce, a to całe szaleństwo można było prawdopodobnie jakoś racjonalnie wytłumaczyć. Musiało być jakieś logiczne wyjaśnienie.

"Może to nie były obrazy. Przecież obrazy nie mówią, prawda? Może to były... płaskie ekrany telewizyjne."

Mój wybawca (przecież mnie uratował i nie mogłam nadal nazywać go nietoperzem, prawda?) popatrzył się na mnie. "Czym do Wszystkich Świętych jest ekran telewizyjny?"

Zanim zdążyłam nazwać go wariatem, duch przeniknął przez tablicę i ruszył w naszym kierunku. W tych warunkach zdecydowałam, że najmądrzejszym wyjściem będzie zemdleć.

Zemdlałam.

~*~*~*~

   2 comments

aneta
July 24, 2006   07:55 PM PDT
 
Hmm...Bardzo interesujące.Te opowiadania są naprawde świetnie.Przyjemnie mi się czyta każde z nich.Chciałabym umiec tak pięknie tłumaczyc :).Ponad to pierwszy raz spotkałam się z pisaniem opowiadania w taki sposob.Wypowiadają się różne osoby w kolejnych roździałach.Ciekawe.Niewiem do czego to przyrównać.Może zwierzaja się one ze swoich wspomnień..?Hmm...Naprawde nie wiem.Ale to bardzo ciekawe.:)Jestem straszliwie zadowolona że znalazłam tą stronę!:)))))
Simpsia :)
May 13, 2004   07:06 AM PDT
 
No i znowu świetny rozdział :) Czekam na następny, bo to jesrt bardzo interesujące :)

Leave a Comment:

Name


Homepage (optional)


Comments