Przepraszam, że tak długo nic nie wysyłałam, ale pojawiły się niespodziewane problemy rodzinne i nie miałam ani czasu ani głowy, żeby zająć się pisaniem. Sytuacja powoli się poprawia, również mój nastrój staje się coraz lepszy i znalazłam czas na dokończenie kolejnego rozdziału "Czystej karty." Jeszcze raz przepraszam, że zajęło mi to tak długo. Miłego czytania.
CZYSTA KARTA
Rozdz.10 "W strefie mroku?"
"Możemy wstąpić do kuchni zanim wrócimy do dormitorium?" wyszeptał prosząco Crabbe.
Nie odpowiedziałem. Chwilę wcześniej postanowiłem zmienić swoją taktykę przetrwania i mój nowy plan zawierał punkt o ignorowaniu moich towarzyszy, chyba że mieli naprawdę coś ważnego do dodania... Właściwie to znaczyło, że mogłem ich całkowicie zignorować.
Dlatego przysunąłem ucho do szpary w drzwiach i próbowałem usłyszeć, co działo się w korytarzu. Byłem raczej zdenerwowany, ponieważ nic nie szło zgodnie z przewidywaniami. Właściwie to wszystko szło źle i zacząłem się już zastanawiać czy nie rzucono na mnie "Klątwy Pecha." Może nie powinienem był zrzucać szukającej Krukonów z miotły w czasie treningu w zeszłym tygodniu... oni na pewno znali się na klątwach, Krukoni...
"Draco, jak wyglądam?" spytał się stojący za mną Goyle. Skoro jednak byłem zdeterminowany, aby przestrzegać zasadę ignorowania, nie miałem zamiaru się nawet odwracać. Chociaż oczywiście ogarnęła mnie wielka ochota na uderzenie Goyla jakimś dużym przedmiotem za zadawanie tak beznadziejnego pytania. Przecież każde lustro w tym budynku wydawało przygnębiające odgłosy, gdy tylko któryś z dwóch moich towarzyszy się w nich przeglądał.
Prawdą było, że udało nam się odwrócić zaklęcie utraty pamięci, ale za to utknęliśmy w Wielkiej Sali, ponieważ nasze niedoszłe ofiary zebrały się tuż przed nią. Nie udało mi się usłyszeć o czym mówili, ale byłem w stanie odróżnić głos McGonagall od pozostałych. Niestety nie zdążyliśmy uciec z Wielkiej Sali zanim zaczarowane zbroje odciągnęły ich wystarczająco daleko, a teraz zdążyli wrócić.
"Dlaczego nie chcesz mi powiedzieć jak wyglądam?" drążył Goyle.
Odwróciłem się rozzłoszczony z różdżką uniesioną w stronę jego twarzy gotowy do rzucenia sporej ilości zaklęć... tylko jego twarzy nie było tam, gdzie powinna być.
"Goyle? Gdzie do cholery jesteś?"
"Tutaj. Jak wyglądam?"
"Przestań z tym swoim wyglądem! Gdzie jesteś?"
Nagle głowa Goyla unosiła się tuż przede mną. Odskoczyłem do tyłu i wylądowałem bezceremonialnie na twardej podłodze. Crabbe także, tylko że jemu udało się wylądować nieco łagodniej (dlatego, że wylądował na mnie).
"Co do..."
"Czy nie wygląda świetnie?"
Dzięki moim unikalnym umiejętnościom robienia kilku rzeczy naraz, udało mi się wydostać spod Crabbe'a odczołgać trochę od unoszącej się w powietrzu głowy, powstrzymać Crabbe'a od krzyczenia i stłumić mój własny krzyk. A wszystko to miało miejsce w ciągu jednego uderzenia serca, w czasie którego reszta Goyla dołączyła do jego głowy. Wyciągnął świeżo odzyskane ramię, w którym trzymał srebrzysty płaszcz, prosto przed moją twarz.
Już go wcześniej widziałem; McGonagall go znalazła. Przypominał mi jeden z śmiercio... ehm, śmiertelnie przebojowych płaszczów mojego ojca. W każdym razie musiała go odrzucić, gdy zbroje rozpoczęły atak.
Wstając podszedłem do wyposażonego już teraz we wszystkie kończyny Goyla.
"Gdzie go znalazłeś?"
"Leżał na tym krześle. Chciałem go sobie przymierzyć. Dlaczego tak odskoczyłeś? Nie myślałeś, że dobrze na mnie wyglądał?"
Poczułem jak znajomy złośliwy uśmieszek pokazał się na mojej twarzy, gdy zdałem sobie sprawę czym był ten płaszcz. Super łajdak był znowu w akcji.
"Myślę, że właśnie znalazłem sposób na wydostanie nas stąd," poinformowałem ich czując się naprawdę nikczemnie.
Mówiłem wam, że byłem genialnym złoczyńcą. W przyszłym tygodniu zrzucę tą szukającą Krukonów z miotły jeszcze ze dwa razy.
~*~*~*~
"Nieważne," wymamrotałam słabo, podczas gdy każda kropla krwi z mojego ciała popłynęła w kierunku twarzy.
Nie powstrzymało go to, zresztą wcale na to nie liczyłam. Kiedy cieszył się z czyjegoś nieszczęścia na jego twarzy zawsze pojawiał się złośliwy półuśmieszek. Zwykle skierowany on był do Nevilla, Harry'ego i Rona (dokładnie w tej kolejności), ale tym razem był on przeznaczony dla mnie.
"Ależ skąd, proszę to rozwinąć, panno Granger,"odpowiedział, a brzmiało to tak jak gdyby wyraził zainteresowanie moim wyliczaniem właściwości smoczej krwi, a nie moim wygłoszonym przejęciem z powodu jego pocałunków.
"Nic się takiego nie stało, prawda? Powinniśmy się spotkać z pozostałymi jak sam wcześniej powiedziałeś." Chciałam przejść obok, ale zanim dotarłam do drzwi, chwycił mnie za ramię i zmusił do spojrzenia mu prosto w oczy.
Przypomniała mi się kolacja z rodzicami, gdy miałam około siedmiu lat. Jedliśmy kurczaka i o mało co nie udławiłam się jedną z kości. Przez jeden okropny moment byłam sztywna z przerażenia, gardło miałam zablokowane kością, nie mogłam odychać. Byłam sparaliżowana, dopóki mój tato nie przekręcił mnie w powietrzu do góry nogami i nie wydusił kości, wtedy powietrze wpłynęło do moich płuc ponownie.
Teraz czułam się podobnie.
Z wyjątkiem powietrza wpływającego do płuc.
Z chwilą, gdy nasze oczy się spotkały, zostałam uwięziona między wdechem a wydechem, nie byłam w stanie się poruszyć ani odezwać.
On także się nie odzywał, ale przykuwał mnie swoim spojrzeniem. Nie mogłam tak naprawdę odczytać jego wyrazu twarzy, ale mogło to być związane z tym, że wszystkie neurony w moim mózgu sukcesywnie przestawały działać. Wysyłały mi tylko pojedyncze myśli w stylu "... naprawdę... najbardziej intrygujące oczy..." i "...wiem, to zły pomysł, żeby go znowu pocałować... ale nie pamiętam dlaczego..."
Byłam dziwnie świadoma jego dłoni na moim ramieniu. Teraz kiedy wiedziałam kim byliśmy, ten dotyk wydawał się jeszcze bardziej intymny niż wcześniejsze pocałunki.
Wiedziałam, że nie będzie nikogo, kto przytrzymałby mnie i odwrócił do góry nogami do czasu aż odzyskam zmysły, a mój mózg zacznie ponownie działać.
~*~*~*~
"Musimy ją uratować, Harry!" krzyczał Ron Weasley. Harry Potter przytaknął wyglądając na wstrząśniętego. Mimo że rozumiałam ich chęć działania, znałam też sposób myślenia dyrektora. Dlatego nie byłam nawet zaskoczona słowami Albusa.
"Panie Weasley, sądzę, że panna Granger była wcześniej w o wiele bardziej niebezpiecznych sytuacjach. Myślę, że nie powinniśmy zawstydzać ich jeszcze bardziej i ufać, że rozwiążą tę sytuację w swoim własnym zakresie."
Chłopcy wyglądali na wściekłych i nie dostrzegli iskierki rozbawienia widocznej w spojrzeniu Albusa. Czułam się zobowiązana interweniować, "Albusie, uważasz to za rozsądne?"
"Masz ochotę na cytrynowego dropsa?"
"W jaki sposób, na Merlina, wpadli na pomysł, że..."
"Są przyjemnie odświeżające."
"Powinniśmy przynajmniej sprawdzić czy odzyskali wspomnienia."
"Trochę kwaśne na początku, ale robią się słodsze, gdy już je trochę possasz."
"Albusie, mógłbyś proszę przestać mówić przez chwilę o dropsach?"
Popatrzył się na mnie jak gdyby zobaczył mnie poraz pierwszy. "Przepraszam Minervo, mówiłaś coś? Powinniśmy rozważyć nasze działania odnośnie całej tej sprawy." Odwrócił się do dwójki młodych Gryfonów, którzy nadal byli wściekli. Zaczęłam się zastanawiać - czy znowu - nie wiedział więcej niż wszyscy.
Bo przecież nie mógł być aż tak szalony, jak się właśnie zachowywał?
~*~*~*~
Byłem zbyt wspaniałomyślny, zbyt dobry, naprawdę. Musiało to być rodzinne. Malfoyowie mieli historię do wpadania w kłopoty przez swoje miłe zachowanie. Weźmy na przykład mojego ojca. Zawsze dążył do zachowania wiedzy i umiejętności dla przyszłych pokoleń, nigdy nie prosił o nic w zamian - spotykał się zawsze z wrogością ludzi oskarżających go o kolekcjonowanie artefaktów i ksiąg związanych z czarną magią.
Albo na przykład ja. Naprawdę powinienem był zostawić Crabbe'a i Goyle'a samym sobie, wziąźć pelerynę niewidkę, którą znaleźliśmy i wiać ile sił w nogach. Jedynym powodem, dla którego tego nie zrobiłem, było to, że byłem zbyt miły.
Ehm, no i dlatego, bo gdyby ich przyłapano, wszyscy z łatwością by się domyślili, kto naprawdę to wszystko obmyślił. Przecież cała ta sytuacja nosiła w większym lub mniejszym stopniu "znamiona geniuszu." A to od razu było wyraźną wskazówką prowadzącą prosto do Malfoya.
Nieważne, że plan zawiódł.
Chwilkę,właściwie to jeszcze nie zawiódł. Był w trakcie zawodzenia.
W każdym bądź razie, nie zostawiłem dwóch idiotów na pastwę losu. Więc teraz walczyłem o każdy wdech świeżego powietrza, ściśnięty pod peleryną niewidką z tymi głupimi, przerośniętymi kreaturami, nie mając w ogóle wpływu na kierunek naszego ruchu z dala od naszych uprzednich ofiar. Zdarzył się cud, że udało nam się wydostać na korytarz, nie będąc zauważonymi przez Dumbledora, McGonagall, Pottera i Weasleya.
Natomiast nie było cudem to, że nie udało nam się przejść obok nich.
Widząc dyrektora, Crabbe zaczął panikować. Narawdę usiłowałem mu wytłumaczyć koncepcję niewidzialności tak, żeby zrozumiał, ale najwyrażniej jego mózg nie potrafił zaakceptować faktu, że sam nie mógł być widziany przez tych, których spotykał i widział. Zaczął się cofać, próbowałem go powstrzymać. Goyle zamienił się w żywy posąg nie wiedząc co robić. A ta cholerna peleryna była o wiele za mała, aby ukryć przepychanki wielkości Crabbe'o-Goyle'a. Próbowałem skierować swoją różdżkę na Crabbe'a, ale straciłem swoją już i tak nadwyrężoną równowagę. Kiedy sięgnąłem po kołnierz Crabbe'a, aby ją jednak zachować, wszystko zdarzyło się bardzo szybko.
Przestraszony Crabbe odskoczył do tyłu natychmiast, gdy tylko go uchwyciłem pociągając mnie za sobą. Z Goylem zachowującym się jak oś, zaplątaliśmy się w półobrocie, półwyskoku i obracając się uderzyliśmy prosto w Pottera i Weasleya.
~*~*~*~
"Auu!"
"Co do... uughhh!"
"Złaź ze mnie, Malfoy!"
"Nie mogę... auu!"
"Ron?"
"Jestem na dole!... Ehh, ratunku?"
"Gdzie moja różdżka?"
"Nie wiem. Ooo, jest moja."
"Nie twoja, Weasley."
"Zamknij się, Malfoy. Poczekaj tylko, aż będę mógł ruszyć ręką na tyle, żeby skierować ją na ciebie."
"Racja, zamknij się, Malfoy. I złaź z mojej nogi."
"Nie mogę, Potter. Crabbe, mógłbyś się w końcu ruszyć?"
"Ale Draco, Goyle jest za ciężki."
"Goyle, rusz się!"
"Nie mogę, Draco," stęknął, "Nie mam nóg."
Jakkolwiek zabawne by to nie było, zdecydowałem się wyciągnąć Gryfonów z tego spowodowanego przez Ślizgonów nieszczęścia i usunąłem błyszczący fragment materiału z nóg Goyla. Kilka ruchów różdżką później, stanęli na przeciwko siebie gotowi do ponownego rzucenia się sobie do gardeł.
Kiedy tylko młody Malfoy i jego pomocnicy pojawili sie nagle przed nami i wpadli na pana Pottera i Pana Weasleya, zrozumiałem od razu, kto spowodował całe wcześniejsze zamieszanie.
"Przypuszczam, że sprawcy właśnie się ujawnili, Minervo." Podniosłem pelerynę. "I prawdopodobnie próbowali uciec właśnie przy pomocy tego."
Usta Minervy zacisnęly się w najwęższą linię jaką widziałem, w tym również liczę sytuację, gdy dałem Severusovi parę czerwono-złotych skarpet jako prezent na Gwiazdkę.
"Czekam na wyjaśnienia," zażądała od Ślizgonów.
"Nie zrobiliśmy nic złego," zaczął Draco Malfoy. Jego z góry skazana na niepowodzenie próba udawania niewiniątka nawet mnie rozbawiła, mimo że ta sprawa była zbyt poważna bym mógł o niej zapomnieć. Ponieważ jeśli miałem rację, trójka ta użyła jednego z zaklęć, które wpływają na pamięć - 'Confutatis'- zostało ono wynalezione, aby pozbawić obiekt wszystkich osobistych wspomnień. Stworzył je jeden ze zwolenników Voldemorta w celu stworzenia nowego i ulepszonego Śmiercożercy. Zaklęcie to było uważane za nieetyczne, a jego rzucanie zostało zakazane, nawet jeśli nie miało on rangi Zaklęć Niewybaczalnych. Zaklęcie to było oczywiście niebezpieczne i nawet Lucjusz powinien wiedzieć lepiej i nie uczyć swojego bachora tak silnej czarnej magii jak ta.
"Myślisz, że uwierzymy w te pierdoły?" wtrącił Ron Weasley i poczułem się zmuszony zabrać głos. "Język, panie Weasley!"
Malfoy zrobił się bardzo blady, ale nadal próbował. "Chcieliśmy tylko... wziąść coś... z kuchni. Przepraszamy za nieprzestrzeganie ciszy nocnej, to się już więcej nie powtórzy."
Jego przyjaciele próbowali mu pomóc, co jak przypuszczałem wywołało tylko większy stres. "Tak, w ogóle nie próbowaliśmy rzucać pamięciowego zaklęcia," dodał Crabbe. "Aww! Dlaczego to zrobiłeś, Draco?"
"Wierzę, że to powinno załatwić całą sprawę. Używaliście czarnej magii na terenie Hogwartu, z własnej woli postanowiliście zaszkodzić swoim kolegom łamiąc więcej zasad niż mogę wyliczyć w tym momencie. Jesteście w większych kłopotach niż sobie to możecie wyobrazić. Musicie zostać surowo ukarani." Nie często zdarzało mi się widzieć Minervę aż tak wzburzoną. Wyglądała dokładnie tak samo jak trzy lata temu, gdy musieliśmy schwytać Croucha zaraz po zakończonym Turnieju Trójmagicznym. Albo jak wtedy, gdy utknęła w swojej zwięrzęcej formie i musiała poradzić sobie z Syriuszem, również w jego animagicznej postaci, który gonił ją po terenach wokół Hogwartu.
Wydawało się, że Malfoy przwidywał swoje natychmiastowe wyrzucenie z Hogwartu, ponieważ zbladł jeszcze bardziej. Gryfoni starali się ukryć przede mną swoje pełne złośliwego zadowolenia uśmieszki. Postanowiłem więc oddać im przysługę i udawałem, że ich nie zauważyłem.
Zamiast tego zacząłem się zastanawiać co robić. Wtedy przyszedł mi do głowy znakomity pomysł. Surowa kara.
"Minervo," powiedziałem, "sądzę, że znam odpowiednią osobę do tego zadania."
~*~*~*~
Kiedy weszliśmy ponownie do pomieszczenia, w którym zostawiliśmy Hermionę i wrednego, oślizgłego potwora, dwie rzeczy stały się dla mnie zupełnie oczywiste.
Pierwsza, wbrew powszechnym przypuszczeniom, Draco Malfoy posiadał uczucia jak każdy człowiek. Wyraził je dławiąc się, wymiotując i padając na podłogę.
Powodem, dla którego to zrobił, była: Druga rzecz, ani Hermiona ani w.o.p. (patrz: wredny, oślizgły potwór) nie odzyskali jeszcze swoich wspomnień. Nadal się całowali.
"Ughhh!" było wszystkim, co powiedział Malfoy, zanim jak długi padł na podłogę. Leżał tak i patrzył się w przestrzeń pustym wzrokiem próbując uniknąć rzeczywistości. Crabbe i Goyle, nie tak utalentowani i szybcy w reagowaniu, poprzestali na tępym patrzeniu się przed siebie, prosto na opiekuna Slytherinu całującego moją najlepszą przyjaciółkę.
Spojrzałem na Rona. Na jego twarzy zobaczyłem taką samą odrazę jaką czyłem sam.
"Nadal nie mają pojęcia kim są," powiedział nerwowym głosem. "Może powinniśmy zaprowadzić ich do skrzydła szpitalnego."
"To wcale nie jest zły pomysł. Na pewno będziemy tam mieli pod ręką sporo środków dezynfekujących, a pielęgniarka zna też kilka zaklęć uspokajających. Przydadzą się, gdy Hermiona odzyska pamięć."
"Dziękuję bardzo , Harry, ale wątpię, aby to było konieczne," odpowiedziała Hermiona przerywając pocałunek i rzucając w naszym kierunku piorunujące spojrzenie. "Wiem doskonale kim jestem i co robię."
Oczy Rona zrobiły się duże jak spodki. "Ty..."
Poczułem jak opada mi szczęka, nie mogłam wydusic z siebie sensownego słowa, "Ale..."
Musieliśmy wyglądać jak idioci. Profesor Snape uniósł brew, wyglądał na zadowolonego z siebie. Czekał na nasze dalsze reakcje. Hermiona było troche rozczochrana, a ja osobiście wolałem nie myśleć dlaczego. Sposób w jaki przylgnąła do Snape'a mówił sam za siebie.
Głos profesora Dumbledora przerwał szokującą ciszę. "Severusie, przepraszam, że przeszkadzam, ale mam tu kilku uczniów, którymi powinieneś się zająć. Wygląda na to, że członkowie twojego domu postanowili rzucić na nas 'Klątwę Confutatis.'"
Zerknąłem w kierunku dyrektora i odniosłem wrażenie, że był bardziej rozbawiony niż zwykle. Czy on naprawdę mógł być zadowolony z takiego obrotu sprawy?
Nie potrafiłem odczytać wyrazu twarzy profesora Snape'a, ale patrzył się on prosto w oczy Dumbledora.
"Zajmę się tym," powiedział z rozmysłem wskazując na trzech zdziwionych Ślizgonów.
"Bajecznie. Wszystko zostało załatwione. Teraz powinniśmy udać się na spoczynek i wykorzystać pozostałą część nocy jak najlepiej," Dumbledore odwrócił się w kierunku moim i Rona. "Wracajcie do dormitorium i spróbujcie się przespać."
Wyglądał na zachwyconego. Nie miał zamiaru wywalić Snape'a albo chociaż uratować Hermionę?
Ale kiedy ponownie na nią spojrzałem, nie wyglądała mi na osobę, która potrzebowała pomocy. Hermiona i Snape nie spuszczali z siebie wzroku, a sposób w jaki na siebie patrzyli sprawiał, że robiło mi sie mdło.
Dumbledore wypchnął mnie i Rona z pomieszczenia. Udało mu sie również pociągnąć za nami protestującą profesor McGonagall zostawiając Ślizgonów, Snape i ... Hermionę?
"Musimy zaczekać na Hermionę, profesorze!" Zaprotestowałem gwałtownie. Dumbledore nie zwrócił na moje krzyki najmniejszej uwagi. Popatrzył się na mnie z uśmiechem i powiedział: "Masz ochotę na cytrynowego dropsa, Harry?"
"Nie, dziękuję," odparłem zirytowany, "Wolałbym zaczekać na przyjaciólkę, żeby mogła wrócić razem z nami."
"Są bardzo smaczne i pomagają ci zapomnieć o sprawach, którymi nie powinieneś się martwić." Spojrzał na mnie znacząco. Otworzyłem usta, żeby zaprotestować, ale on uniósł dłoń. "Nie, panie Potter. Na dzisiaj koniec dyskusji. Czas dom łóżka. Natychmiast. Idźcie spać, obydwoje."
Odwróciłem sie w kierunku Rona, który nadal był nieco zielony na twarzy. Wzruszył ramionami. Ja również nie miałem już nic więcej do powiedzenia. Ruszyliśmy więc za Dumbledorem i McGonagall w stronę wieży Gryfonów, nadal byliśmy zaskoczni i nieco otumanieni.
Kiedy McGonagall pochyliła się w stronę dyrektora, próbowałem usłyszeć, co miała do powiedzenia.
"Naprawdę uważasz, że to dobry pomysł, prawda?" podsłuchałem.
"Nie mam powodów, żeby nie ufać Severusowi," odpowiedział. Mogłem mu podać sto dobrych powodów na miejscu, większość z nich zaczynających się od 'były' a kończących się na 'śmierciożerca.' Ponadto, ten facet był stronniczy, oślizgły potwór!
McGonagall nie dawała mu się zbyć. "I uważasz, że z tego powodu powinniśmy udawać, że niczego nie widzieliśmy?"
"Oh, właściwie to zamierzam rzucić na nich okiem od czasu do czasu," uśmiechnął się, "ale jestem pewien, że pasują do siebie bardzo dobrze."
"Albusie, mimo że szanuję twoją opinię w tej sprawie, muszę powiedzieć..."
"Masz ochotę na cytrynowego dropsa, Minervo?"
~*~*~*~
Kiedy zostaliśmy sami z trójką Ślizgonów, poczułam się trochę niepewnie. Przecież to był Malfoy i jego goryle.
Okazało się jednak, że niepotrzebnie się martwiłam. Severus zrobił z nich sieczkę przy pomocy samych słów.
"Zaskakujące jest to, że takim idiotom jak wy udało się rzucić klątwę tak skomplikowaną jak Confutatis. Nie zmienia to jednak faktu, że pogwałciliście ludzkie umysły," warknął. "Macie szlaban dopóki nie zakończycie szkoły za to przewinienie."
Zauważyłam, że na twarzy Malfoya pojawił się uśmieszek. Musiało mu ulżyć, że nie został wyrzucony ze szkoły. Severus również to zauważył.
"Nie rób sobie nadzieii, panie Malfoy. Już niedługo będziesz marzył o tym, żebyś został wyrzucony ze szkoły. Wydaje mi się, że Filch musi się uporać z kilkoma niezbyt przyjemnymi sprawami w Zakazanym Lesie, a ja z radością dostarczę mu pomocników."
Na samo wspomnienie o tym, Malfoy od razu przestał sie uśmiechać, zaczął drżeć. Cieszyłam się tą chwilą i starałam się zachować wyraz jego twarzy dokładnie w pamięci, żebym mogła się tym cieszyć także w czasie chłodnych, zimowych wieczorów. W międzyczasie Severus (kiedy zaczęłam o nim myśleć jako Severusie? Kilka godzin temu był dla mnie 'czarnym przypominającym nietoperza strachem na wróble'. Ludzki umysł może być czasem zaskakujący!) wskazał na drzwi.
"Już was tu nie ma!" rozkazał. "Natychmiast! Zmarnowałem na was wystarczająco dużo czasu."
Trójka Ślizgonów ruszyła w pośpiechu do drzwi potykając się o własne nogi. Kiedy trzasnęly drzwi, ponownie zostaliśmy sami.
Jak było powszechnie wiadome lubiłam wszystko wiedzieć, więc pierwszą rzeczą jaką zrobiłam było zadanie pytania.
"Dlaczego ich nie wyrzuciłeś ze szkoły?"
Popatrzył się na mnie z góry. Szeptem, ale z zabójczym uśmiechem, powiedział, "Nigdy nie zabijaj, jeśli najpierw możesz spowodować ból."
"Och," powiedziałam z niepewną miną. "Pewnie będę musiała w przyszłości popracować trochę nad Ślizgońskim sposobem myślenia."
Jeśli to było możliwe, jego uśmiech stał się jeszcze bardziej zabójczy. "Może najpierw zaczniesz pracować nad Ślizgońskim ciałem."
~*~*~*~
Mam nadzieję, że się podobało. Został mi jeszcze tylko Epilog.