-Jesteś ... jesteś szalony - wyjąkał Crabbe, kiedy po raz pierwszy opowiedziałem mu i Goyle'owi o moim doskonałym planie. Użycie przez niego wielosylabowego wyrazu zbiło mnie chwilowo z pantałyku, ale szybko się pozbierałem.
-Wolę określenie diabelski geniusz - odpowiedziałem chłodnym głosem i popatrzyłem na niego z wyższością. Lata praktyki przed lustrem opłaciły się, gdyż Crabbe wycofał się jak skarcony pies.
-Pomyślcie o tym - wyszczerzyłem w uśmiechu zęby i kontynuowałem zachwycając się możliwościami mojego planu. - To jest po prostu idealne. Już nie mogę się doczekać.
Dwaj moi towarzysze rzucili sobie spojrzenia pełne wątpliwości, gdy sądzili, że tego nie widziałem. Wątpcie sobie ile chcecie tchórze, dopóki wypełnicie to, co do was należy nic mnie to nie obchodzi. Zobaczycie, to będzie istny majstersztyk, orginalny, zły, czarnomagiczny wytwór mojego geniuszu. Będą o tym pamiętały przyszłe pokolenia...
- Znowu ma ten marzycielski wyraz twarzy - wyszeptał Goyle, przerywając mi rozważania nad moja wielkością. Zaśmiałem się z drwiną, a oni podskoczyli. Jeśli chodzi o drwiące uśmieszki, uczyłem się od mistrza. Profesor Snape byłby ze mnie dumny.
Odzyskawszy ich niepodzielną uwagę, przedstawiłem im szczegóły, wysyczałem kilka rozkazów i kazałem się odczepić - nawet bezprtensjonalny, na wskroś przesiąknięty złem majstersztyk nie jest warty spóźnienia się na lekcję z Profesor McGonagall. W rzeczywistości wątpię, czy zostałoby mi wystarczająco dużo sił do jego wykonania, gdybym jej podpadł. Oczywiście wcale jej się nie boję, ale nie warto jest jej następować na odcisk.
<<>><<>><<>>
Piątkowa noc była wprost idealna do realizacji planu. Dlatego popołudniu w naszym pokoju wspólnym przedstawiłem wszystkie etapy planu moim dwóm idiotom, koncentrując się na tym, co każdy z nich ma wykonać. Szkoda, że nie mogłem zrobić tego wszystkiego sam. Nienawidziłem polegać na tych dwóch półgłówkach.
- Widzicie, to jest całkiem proste. Rzucamy zaklęcie w Wielkiej Sali, powinno być w miarę bezpiecznie, bo w czasie gdy będziemy to robić, nikt nie ma prawa się tam znajdować. Możemy więc być zupełnie pewni, że nie pomiesza nam szyków żaden nieproszony gość. Chcemy tylko dopaść Palanta Który Przeżył, jego szlamowatą przyjaciółkę i debilnego Weasley'a, prawda chlopcy?
- Ale Draco, - przerwał mu Crabbe - co jeśli ktoś nas przyłapie?
- Przestań jęczeć! - odszczeknąłem. - Nie damy się złapać. Właśnie dlatego robimy to w Wielkiej Sali. Gdyby Filch albo ktokolwiek inny czaił się w pobliżu, zobaczymy go z daleka. I pamiętajcie, to zaklęcie jest trwałe chyba, że rzuci się przeciwzaklęcie, a to znaczy, że nie można go po prostu przeczekać. Gdy już zostanie rzucone, nasi bohaterscy Gryfoni, nie będą mieli zielonego pojęcia ani kim, ani gdzie są. Dlatego nie będą mogli nas obwinić, prawda?
- I myślisz, że zostaną przez to wyrzuceni?
- Prawdopodobnie. Będą się pałętać po zamku przez całą noc, więc musza wpaść na Filcha albo Panią Norris. Albo Irytka - dodałem z wielką radością. Mogłem ich sobie wyobrazić, przerażonych, niewiedzących co się dzieje, biegających bez celu po całym zamku, gubiących się w ślepych korytarzach, trafiających na ruszające się schody... Będzie dużo zabawy, nawet jeśli potem nie zostaną wyrzuceni. Czułem początki uśmiechu na twarzy, ale zdołałem go w sobie zdusić. Miałem teraz na głowie ważniejsze sprawy.
Goyle wyglądał, jak gdyby to wszystko było ponad jego możliwości.
- Ale...Potter i reszta nie będą przecież siedzieć w Wielkij Sali o drugiej rano.
Westchnąłem, ale udało mi się zachować kontrolę. "Co zjadłeś na lunch, Goyle, swój mózg?"
- Dokładnie - odpowiedziałem. - Na tym właśnie polega twoje zadanie. Widzisz, musisz zrobić...
<<>><<>><<>>
Istniało pewne ryzyko, wiem, ale kto powiedział, że odważni mogą być tylko Gryffoni? Ślizgoni są tak samo dzielni, ale oprócz tego posiadamy jeszcze spryt. Ale od kiedy, ten palant Potter zaczął działać mi na nerwy, uznałem, że on też powinien trochę pocierpieć.
Oczywiście, mogłem pomyśleć o tym wcześniej.
Jednak dopiero niedawno znalazłem idealne zaklęcie. Było to wtedy, gdy zakradłem się do prywatnej biblioteczki mojego ojca - znaczy się, gdy podzielił się ze mną swoją godną podziwu wiedzą o czarnej magii, poczas moich letnich wakacji. Wymagło ono przynajmniej pary rzucających, ale im więcej, tym lepiej. I skoro żaden z nas nie miał doświadczenia - znaczy się, ani Crabbe ani Goyle nie byli geniuszami jak ja, doszedłem do wniosku, że lepiej jeśli zrobimy to we trójkę. Gdy tylko wszystkie pułapki zanlazły się na swoich miejscach, ustawiłem Goyla przy wejście do Wielkiej Sali. Crabbe stanął przy ścianie na przeciwko wejścia, a ja znalazłem się przy stole nauczycielskim.
Było konieczne, żebyśmy zachowali kontakt wzrokowy, ponieważ musieliśmy rzucić zklęcie dokładnie w tej samej chwili. Zaklęcie miało obejmować całe pomieszczenie, w którym zostało rzucone, a wszyscy wewnątrz danego pokoju mieli się znaleźć pod jego wpływem, jeśli sami go nie rzucili. Rzuciłem moim towarzyszom surowe spojrzenie i policzyłem do trzech, i...
- CONFUTATIS MALEDICTIS!
...wykrzyczęliśmy w tym samym momencie. Niebieskawe światło rozbłysło z mojej różdżki i wstęga iskier połączyła się z podobnymi iskrami z różdżek Crabbe'a i Goyle'a. Gdy się połączyły, niebieska poświata wypełniła całą Wielką Salę. Uniosła się w kierunku sufitu i rozprzestrzeniła we wszystkich kierunkach. Wybiegliśmy w pośpiechu - ehm...wyszliśmy dostojnym i spokojnym krokiem.
- Draco, to miało tak wyglądać?
"Skąd niby miałbym to wiedzieć."
- Oczywiście Crabbe, nie przejmuj się. Ktokolwiek teraz wejdzie do tej sali, straci na pewien czas przytomność, a kiedy odzyska świadomość, nie będzie o niczym pamiętał.
- Ale przecież wszyscy przychodzą tu jutro na śniadanie - zakwilił Goyle, jak gdyby właśnie w tej chwili zdał sobie sprawę, że postawił na szali swój kolejny posiłek.
- Do tego czasu przestanie już działać. Mówiłem ci przecież, że jest skuteczny tylko przez godzinę lub dwie. Potter i jego sługusy powinni zjawić się wkrótce, jeśli zostawiłeś liścik tak, jak ci poleciłem.
Goyle zapewnił mnie, że zrobił wszystko jak należy i zajęliśmy pozycję za zbroją rycerza blisko wejścia prowadzącego do Wielkiej Sali.
Teraz musieliśmy tylko cierpliwie poczekać.
Mwahahaaha... cholera, że też nie wziąłem ze sobą czekoladowych żab.
<<>><<>><<>>