"Wyjdźmy stąd!" odpowiedziałem czując, że zbierało mi się na wymioty.
Opuściliśmy niewielki przedpokój. Zanim jednak weszliśmy z powrotem do opuszczonego korytarza ostrożnie rozejrzeliśmy się wokół w poszukiwaniu morderczych rycerzy. Profesor Dumbledore i McGonagall poszli za nami. Musiałem przyznać, że mnie to raczej zaskoczyło.
"Naprawdę myślałem, że wyjście stamtąd było dobrym pomysłem skoro niektórzy spośród nas potrzebowali odrobiny prywatności," Dumbledore wyjaśnił. Gdy się nad tym zastanowiłem, wyglądało na to, że dyrektor patrzył się na tą okropnie dobraną parę z iskierkami rozbawienia w oczach. Z pewnością nie mógł popierać ... tej rzeczy, którą robili? Coś mi w tym wszystkim nie pasowało, coś było nie tak.
Na szczęście profesor McGonagall także podzielała mój punkt widzenia (i z tą myślą również nie czułem się najlepiej). "Doprawdy Albusie, czy myślisz, że powinniśmy tolerować takie zachowanie?" wyszeptała, ale wystarczająco głośno, żebyśmy z Ronem też ją usłyszeli.
Dyrektor nic na to nie odpowiedział. Zamiast tego popatrzył się prosto na mnie. "Harry, używałeś dzisiaj czarów. Pamiętasz zaklęcie?"
Kiedy potwierdziłem kiwając głową, zapytał się mnie o okoliczności i w jakiej dokładnie sytuacji go użyłem. Powiedziałem mu.
"Olbrzym z ogromnym psem, mówisz? I znał wasze imiona?"
"Wiedział nawet o mocach Harrego," potwierdził Ron i popatrzył się na mnie z podziwem.
Profesor Dumbledore wydawał się to rozważać. "Coś mi mówi, że może on być doskonałym źródłem informacji. Myślicie, że moglibyście znaleźć tą chatkę ponownie?"
Ron wzruszył ramionami, "Byłem trochę... hmm... zajęty zostaniem przy życiu, kiedy nas tam zaciągnął, ale myślę, że możemy spróbować."
"Bajecznie!" wykrzyknął stary czarodziej w sposób na pewno nie przystający starym czarodziejom.
"A co zrobisz ze zbroją, jeśli ponownie postanowi nas zaatakować?" zapytała Profesor McGonagall.
"Oczywiście będziemy musieli poruszać się bardzo ostrożnie, ale wydaje mi się, że wystarczającą ochronę zapewni nam czar, który przypomniał sobie Harry."
"A... hmm... ehm?... Znaczy się... co z nimi?" wydukałem niewyraźnie. Wstyd i niespokojny żołądek przeszkodziły mi w lepszej wymowie. "Nie możemy ich przecież tam zostawić, prawda?"
Znowu zauważyłem ten błysk w oku dyrektora, gdy odpowiedział, "Ufam, że są efektywie chronieni przez zaklęcie, które przypomniała sobie panna Granger."
Dość szybko przetruchtaliśmy obok Wielkiej Sali w kierunku drzwi frontowych. Gdziekolwiek poszli rycrze, nie zobaczyliśmy ich ponownie.
W chwili gdy znaleźliśmy się przy drzwiach prowadzących do sali, ujrzeliśmy błyski światła.
Zastanawiałem się nad tym, ale...
~quidquid latet apparbit~
...Hogwart zawsze krył w sobie mnóstwo tajemnic. Przynajmniej jak długo Dumbledore i McGonagall byli z nami, nie musiałem się niczego obawiać. Może to tylko Irytek.
...?
Co...?
Znowu byłem sobą.
Zagapiłem się na Rona, na którego twarzy widziałem wyraz takiego samego szoku jaki czułem. "Ty jesteś... Harry," wyjąkał. "Nazywam się... Ron Weasley. Mam wielu braci i... siostrę. Kiedyś miałem szczura, ale okazał się złym czarodziejem. Teraz mam sowę, którą podarował mi twój ojciec chrzestny, gdy musiał się ukrywać, ponieważ został skazany za masowe morderstwo."
Tak, to prawie podsumowywało całe życie Rona. I większość mojego, poza częścią w której musiałem mieszkać przez wakacje z okropnymi Mugolami, bo największy wróg ludzkości zabił moich rodziców.
Nikt się nie odzywał, gdy przeczekiwaliśmy nagły powrót wszystkich naszych wspomnień. Po chwili Dumbledore zaczął chichotać przerywają ciszę.
"Przepraszam, ale właśnie przypomniałem sobie przezabawny dowcip. Wiedźma, karzeł i trol przychodzą do baru, a trol pyta, czy chcą zobaczyć jego..."
"Albusie," zganiła go McGonagall (Wydawało się, że nie potrzebowała wiele czasu by pozbierać się do kupy po gwałtownym odzyskaniu pamięci. Może dobrze się czuła ze swoją przeszłością albo była bardzo opanowaną osobą.), "Ktoś majstrował w naszych umysłach. Musimy odnaleźć tego złoczyńcę."
Dumbledore pokiwał głową na znak zgody, nadal przy tym delikatnie chichocząc pod nosem. "Tak, masz zupełną rację, Minervo."
Znowu zerknąłem na Rona. "O co chodzi?"
"Nie wiem," wzruszył ramionami. "Przynajmniej nic złego się nie stało."
Nagle jego oczy powiększyły się ze zgrozy. "Z wyjątkiem..."
Wtedy do mnie też to dotarło. "Merlinie, Ron..."
Pokiwał głową, "Znokałtowałeś Kła. Hagrid będzie wściekły."
Zwalczyłem w sobie potrzebę, żeby nim potrząsnąć. "Nie to. Myślałem o Hermionie!"
Oczy Rona powiększyły się jeszcze bardziej, omal nie wyskoczyły mu z oczodołów. "O mój...," wyszeptał.
Pokiwałem głową ze śmiertelną powagą. "Hermiona całowała Snape'a."
Nawet najbardziej potępiający wzrok McGonagall nie mógł powstrzymać Rona przed rozpoczęciem tyrady na temat Mistrza Eliksirów, który na pewno by nie przeżył, gdyby w tej chwili był obecny.
~*~*~*~
To była szybka decyzja. Bardzo dobra, musiałem dodać.
Kiedy powstrzymała zbroję próbującą mnie zabić i zaczęła histeryzować martwiąc się o mnie, miałem nagły błysk zrozumienia, co mogło mnie w niej pociągać na pierwszym miejscu. Kiedy tak stała przede mną martwiąc się o moje zdrowie, nie była już dłużej tylko nieznośnie wścibskim źródłem irytacji. Zamiast tego zobaczyłem przed sobą kogoś, kto naprawdę troszczył się o mnie (Nie wiedziałem dlaczego, ale dziwnie się z tym czułem. Może byłem kimś w rodzaju samotnego wilka... chwileczkę... wilk... to również z czymś mi się kojarzyło...), kto oprócz tego zaprezentował raczej imponujące magiczne zdolności. I była piękną młodą kobietą, gdy tylko przestawała zachowywać się jak bezradna i tracąca nadzieję osoba. Oprócz tego, nie mogła raczej być dla mnie kimś obcym. Prawdopodobnie mieliśmy też za sobą historię i było to na pewno coś więcej niż budzenie się obok siebie.
Poza tym naprawdę chciałem, żeby zaprzestała swojej tyrady.
Więc ja pocałowałem.
Mogłem zauważyć, że była zaskoczona takim obrotem sprawy, ponieważ usiłowała cofnąć się nieznacznie. Instynktownie i z determinacją przyciągnąłem ją do siebie. Nie miałem zamiaru pozwolić jej odejść tak łatwo. Twierdzenie, że szybko doszła do siebie, byłoby niedomówieniem. A twierdzenie, że odpowiedziała na mój pocałunek, byłoby matką wszelkich niedomówień.
Chociaż przecież wiedziałem, że mieliśmy w tym praktykę. Musieliśmy, ponieważ bez żadnych wątpliwości teraz byliśmy w tym bardzo dobrzy. Zacząłem się zastanawiać, jak daleko posuneliśmy się w przeszłości. Czy my... znaczy się... czy ja... czy my?
Oceniając to z mojego subiektywnego punktu widzenia (odnosiłem się w tym momencie do bardzo osobistych reakcji) ... jeśli chodziło o mnie, mógłbym ją zjeść na miejscu. Nie zauważyłem żadnych obiekcji z jej strony. Ale ponieważ czułem na sobie oczy mojego pracodawcy i współpracownicy, zadowoliłem się przyciągnięciem jej do siebie. Moje ręce zajęły się zbadaniem tego co miała do zaoferowania. W końcu była dla mnie nieznanym terytorium, chociaż prawdopodobnie miałem wcześniej możliwość gruntownego jej zbadania.
Nawet nie byłem całkowicie świadomy tego, że pozostali cicho wymknęli się z pokoju. Nie miałem pojęcia, gdzie zamierzali pójść. Mogliby iść w kierunku nadjeżdżającego pociągu i nie obchodziłoby mnie to w najmniejszyn stopniu w tej akurat chwili. Byłem zajęty.
I jakoś w trakcie tego wszystkiego, mój lewy rękaw uniósł się troche i odkryłem na ramieniu wytatuowaną czaszkę z czymś, co wyglądało jak wąż i wydobywało się z jej otwartych ust.
"Masz tatuaż?" zapytała panna Granger przerywając pocałunek, ale nie próbowała się wymknąć z moich objęć. Rzuciłem gniewne spojrzenie na tą głowę kościotrupa. Była obrzydliwa.
"Najwyraźniej. Hmm... To bardzo... nowoczesne z mojej strony."
"Przynajmniej to nie jest serce z moim imieniem przebite strzałą," zażartowała. To dopiero był przerażający pomysł!
"Przynajmniej w takim wypadku wiedzielibyśmy jak masz na imię," odpłaciłem jej tym samym, ale tylko się uśmiechnęła.
Przysunęła się bliżej mojej twarzy i szepnęła, "Możesz mnie nazywać jak ci się podoba," zanim znowu mnie pocałowała. Myśli o różnych zrobnieniach znalazły się w mojej głowie. Odrzuciło mnie od tego wewnętrznie.
Nagle...
~quidquid latet apparebit~
Zdałem sobie sprawę, że opiekun Slytherinu całował niesławną Hermionę Granger, pannę wszystkowiedzącą i Gryfonkę mugolskiego pochodzenia.
Wtedy odrzuciło mnie również zewnętrznie.
~*~*~*~
Wyrzucą mnie ze szkoły!
Wyrzucą mnie ze szkoły na kilka tygodni przed zakończeniem za zabicie nauczyciela. Bo przecież po tym wszystkim co się stało, nie mogłam mu pozwolić żyć, mogłam?
Gniew, z którym się na mnie patrzył... byłam w śmiertelnym niebezpieczeństwie.
Godryku!
Gdybym wiedziała jak, rzuciłabym na siebie Obliviate na miejscu. Ale nie uczą tego czaru w Hogwarcie, ponieważ wtedy uczniowie mogliby stale powodować, że ich nauczyciele zapominaliby o szlabanach i zadaniach domowych.
Nie wiedziałam dlaczego, ale nagle byłam znowu Hermioną Granger i była to ostatnia osoba na świecie, którą chciałam być. Gdybym mogła, z radością wróciłabym do mojego poprzedniego stanu nieświadomości i zapomniała o tym, kim byłam na zawsze.
Nadal się na mnie patrzył. W miejscu gdzie jeszcze przed chwilą było słychać moje stłumione pojękiwania, panowała cisza, którą można było kroić nożem. Dlaczego się nie odzywał? Mógłby coś powiedzieć, cokolwiek?
Wtedy do mnie dotarło. Zupełnie stracił zdolność mówienia. Ten mężczyzna, którego kąśliwe uwagi zawsze trafiały tam, gdzie najbardziej bolało, nie wiedział co powiedzieć. To odkrycie przeraziło mnie bardziej niż cokolwiek innego.
Cofnął się o kolejny krok. Zmusiłam się, żeby odwrócić wzrok od jego zszokowanej twarzy. Twarzy, która jeszcze przed paroma sekundami była tak blisko mojej.
Zamknij się! Jeśli chciałam to przetrwać w miarę zdrowa na umyśle, musiałam rozpocząć represje wspomnień w tym właśnie momencie. ... ... ... Ugh! Nie działało!
A to nie było wcale najgorsze, prawda? Była we mnie jakaś cząstka - ta bardzo, bardzo odosobniona, głupia, prymitywna, niedpowiedzialna, hedonistyczna część mnie - która nadal była pod wrażeniem dotyku jego ust.
I chciała go poczuć ponownie.
Powiedziałam, zamknij się! Wow, w mojej głowie przydałyby się porządki. O zbyt wielu rzeczach myślałam równocześnie. Do tej pory udało mi się zidentyfikować dwa główne głosy. Pierwszy krzyczał w agonii, ponieważ pocałowałam mojego złego profesora od eliksirów, podczas gdy drugi rozważał całą sytuację w stylu: Wow, nigdy bym nie zgadła, że potrafił tak świetnie całować.
Cały ten zamęt w moich myślach został gwałtownie przerwany przez głos Mistrza Eliksirów. "Ahem... ,"
powiedział. Do tego momentu w swoich rozmyślaniach doszłam również, ale dziekuję, że o tym wspomniałeś.
"Przypuszczam, że także odzyskałaś pamięć?" zapytał ostrym, ale najgrzeczniejszym tonem głosu jaki u niego kiedykolwiek słyszałam. Musiał być tak samo zawstydzony jak ja. Nie, chwileczkę, przecież to on mnie pocałował pierwszy. Musiał być bardziej zawstydzony niż ja.
"Widzę, że poważnie pomyliliśmy się w ocenie sytuacji," kontynuował udowadniając po raz kolejny, że był mistrzem, kiedy chodziło o niedomówienia.
Szczerze nie wiedziałam co powiedzieć, a neurony w moim mózgu były nadal nieco otumanione przez wcześniejsze intensywne emocje. Byłam w stanie tylko pokiwać głową na znak zgody. To wcale nie znaczyło, że nie ufałam swojemu głosowi. Tylko... nie ufałam swojemu głosowi. Mógł mnie zdradzić i wtedy powiedziałabym coś w rodzaju, 'Nieważne, mógłbyś mnie znowu pocałować?' To było właśnie sedno sprawy - źle się czułam, bo profesor Snape mnie pocałował.
Ale czułam się jeszcze gorzej, ponieważ przestał.
~*~*~*~
Sytuacja, w której się znalazłem była zła. Pocałowałem uczennicę. Na dodatek to nie była jakaś tam uczennica, tylko Hermiona Granger, mól książkowy, ucieleśnienie kłopotów, Gryfońska prymuska.
Jeszcze gorsze było, że sprawiło mi to przyjemność.
To prawda, że w ciągu ostatniego roku rozwinęlo się u mnie niewielkie zainteresowanie tą dziewczyną. Było to w pewien sposób nieuniknione, przecież wyróżniała się na tle klasy potrafiąc uwarzyć z łatwością nawet najtrudniejsze eliksiry. Nie mogłem nic na to poradzić, że ją zauważyłem. I myślałem tu o prawdziwym zauważeniu. Jednego dnia była dla mnie tylko sprytną dziewczyną, a następnego już oszałamiającą i błyskotliwą młodą kobietą. Po tym spędziłem tyle czasu na jej obserwacji przy pracy, że potrafiłem bardzo łatwo przywołać w pamięci obraz jej skoncentrowanej twarzy. Przypuszczałem, że obraz ten zostanie teraz zastąpiony zupełnie inną fantazją. Nadal widziałem ją lgnącą do mnie, pragnącą mnie...
I to było właśnie najgorsze. Cokolwiek spowodowało jej pełną pasji reakcję na mój dotyk, do tej pory na pewno już minęło. Była tak blisko, a teraz znowu znalazła się poza moim zasięgiem. Zostawiając mnie z pełną goryczy wiedzą, co mogłoby być między nami.
~*~*~*~
To źle, że całowałam się z kimś, kto powinien być najbardziej odrażającym mężczyzną na ziemi.
Ale jeszcze gorsze było to, że nie czułam odrazy. Byłam w połowie zażenowana, w połowie przygnębiona - i w połowie ekstatyczna.
Nie było niczego, co mogłabym powiedzieć w swojej obronie. Podobała mi się każda sekunda tego doświadczenia. W ciągu ostatnich kilku godzin miałam okazję odlądać Severusa Snape'a z zupełnie nowej perspektywy i w jakiś sposób pozbawiło go to jego najbardziej przerażających cech charakteru.
Do tej pory mój sposób jego postrzegania był zabarwiony pierwszym wrażeniem, które było raczej katastrofalne. Teraz zaczęłam się zastanawiać - czy gdyby Harry nie przekonał mnie do podejrzewania go o chęć kradzieży Kamienia Filozoficznego, czy sama też straciłabym do niego zaufanie? Na pewno wtedy jeszcze się go nie bałam, kiedy tej pamiętnej nocy szliśmy przez zamek. Czy gdyby Ron go nie nienawidził - to ja nigdy bym go nie znielubiła? OK, może po jego uwadze na temat moich zębów. Prawda. Nienawidziłam go.
Niestety to była nieprawda, wielkie kłamstwo. I to właśnie było coś godnego etykietki "naprawdę, naprawdę niedobre."Ponieważ teraz nie mogłam przestać myśleć o nim i jak to było znaleźć się w jego ramionach. To była dokładna pozycja, w której coraz bardziej rozszerzająca się część mojego mózgu planowała mnie umieścić ponownie.
~*~*~*~
Co ktoś mógłby powiedzieć w takiej sytuacji jak nasza?
Przez chwilę zabawiłem się myślą o pozbawieniu Gryffindoru kilku tysięcy punktów za jej nieodpowiednie zachowanie, ale wątpiłem czy przyjęłaby to w milczeniu. Milczenie było jedyną rzeczą, która w tym momencie stała między mną, a całkowitym upokorzeniem.
Spróbowałem więc pomóc jej zrozumieć ten prosty fakt.
"Panno Granger, na pewno jesteś świadoma delikatności sytucji, w której się znalazłem przez nasz romans?"
Uniosła brew spoglając na mnie. Uhh. Zły dobór słów z mojej strony. Chyba poraz pierwszy. "Miałem na myśli... To nie jest romans. No może jest, ale nie mamy przecież żadnego. Wiesz o co mi chodzi, prawda?" zniecierpliwiłem się.
"Jak już mówiłam wcześniej, nie ma potrzeby, żebyś traktował mnie z góry. Poza tym, to nie ja to zaczęłam," przypomniała mi. Taka odpowiedź nie mogła obyć się bez odpowiedniej zemsty.
"Nie, również nie ty to zakończyłaś," odwarknąłem. "Teraz wierzę, że obydwoje się zgodzimy, aby utrzymać ten... interes... w tajemnicy?"
"Jakby to była sesja całowania, o której mogłabym opowiadać. Już siebie widzę dyskutującą o tym z Lavender: Tak, miałam język profesora Snape'a w ustach i to naprawdę, ale to naprawdę mnie podnieciło," parsknęła szyderczo (zawsze szybko się uczyła, już miała opanowana technikę drwiących uśmieszków od tylko krótkiego czasu spędzonego ze Ślizgonem).
"Więc zgadzamy się co do tego?" powtórzyłem ostro.
Pokiwała głową. Od razu poczułem ulgę, prawie taką samą jak wtedy, gdy zdałem sobie sprawę z tego, że nie byłem ojcem Pottera. "Powinniśmy znaleźć pozostałych i wyjaśnić to całe zamieszanie. Ktoś za to zapłaci. Możesz też powiedzieć Potter'owi i Weasley'owi, żeby trzymali buzie na kłódkę, jeżeli cenią swoje życie."
Naprawdę powinienem rzucić na nich Obliviate, ale wiedziałem, że Dumbledore się temu sprzeciwi. Czasami nienawidziłem bycia jego dłużnikiem...nie, chwileczkę, zawsze nieznosiłem bycia jego dłużnikiem.
Odwróciłem się z rozmachem powiewając szatą, musiałem przecież nadal wyglądać imponująco i przerażająco. Ruszyłem w kierunku drzwi.
I zatrzymałem się.
I odwróciłem się.
"Czy ty właśnie powiedziałaś 'i to naprawdę, ale to naprawdę mnie podnieciło'?"
~*~*~*~