Mam już gotowy kolejny rozdział. Opowiadanie powoli zbliża się ku końcowi. Będą jeszcze dwa rozdziały, oprócz tego, plus epilog. Naprawdę bardzo się cieszę, że się wam wszystkim podoba. Dziękuję też za miłe komentarze.
Rozdz.8 "Wściekłość"
Popatrzyła się na mnie. "Dlaczego uważasz nasz romans za niefortunny?"
Z wrażenia aż się zatrzymałem. Co na Boga było nie tak z tą dziewczyną? Patrzyłem się na nią z wyrazem niedowierzania na twarzy, bo nie mogłem uwierzyć, że powiedziała to naprawdę. Jednak widząc jej pytający wzrok, przestałem mieć wątpliwości.
"Nie oczekujesz chyba wyjaśnień?" odwarknąłem, próbując ją zastraszyć. Musiałem przyznać, że byłem dosyć zadowolony z rezultatu.
"Tak, wyjaśnij mi."
Hmmpf! I już po zastraszaniu. Musiałem wypróbować inne podejście.
"W takim razie, pomyślmy. Uczę w tej szkole, ty jesteś uczennicą. Prawdopodobnie masz też ze mną lekcje. Jestem dużo starszy od ciebie, sądząc po naszych pozycjach w tej instytucji. Nadal mamy romans." W końcu to powiedziałem. "A teraz, gdybym cię poprosił, żebyś się skoncentrowała, może połączyłabyś ze sobą te wszystkie fakty i moje wcześniejsze stwierdzenie?" zapytałem złośliwie.
Najwyraźniej nie rozumiała jeszcze pojęcia sarkazmu.
"Tak, rozumiem oczywiste powody, dlaczego nasz związek może być czymś nieodpowiednim. Jednak z jakiegoś powodu, nie powstrzymało nas to przed jego rozpoczęciem, profesorze."
"Miałem wrażenie, że nie wiemy, kto rozpoczął ten romans. Z resztą to już nieważne, możesz uważać, że właśnie się zakończył."
Teraz nadeszła jej kolej, aby zatrzymać się z zaskoczeniem. "Zrywasz ze mną!?" Miała jeszcze odwagę udawać oburzoną. "Nawet mnie nie znasz," narzekała, "i już ze mną zrywasz!?"
Wolałem na to nie odpowiadać, a ona nareszcie zostawiła ten temat w spokoju. Nie miałem pojęcia w jaki sposób zasłużyłem sobie na tą błogosławioną ciszę, ale byłem wdzięczny, że bez dalszej zwłoki i dyskusji dotarliśmy do Wielkiej Sali.
~*~*~*~
"Jestem głodny."
"Ja też."
"Zamknijcie się, obydwoje."
"Ale Draco..."
"Siedź cicho, Goyle."
"Ale ja naprawdę ..."
Odwróciłem się i spojrzałem na niego ze złością. Cofnął się, ale nie było to wystarczająco szybko. Merlinie, czyżbym tracił rozsądek? Przeżyłem tej nocy już najgorsze do wyobrażenia koszmary. Kiedy tylko myślałem, że nie mogło już być gorzej ... oni znowu to robili. Nadszedł czas na działanie i to szybko.
Wróciliśmy do Wielkiej Sali, co samo w sobie było cudem skoro wałęsaliśmy się po zamku już ponad godzinę. Na serio, Filch był szkodnikiem, ale był niczym w porównaniu do tej zielonookiej kulki futra. Wiedziałem, że błyszczące w ciemności zielone oczy, będą mnie prześladować do końca życia. Pani Norris przecięła nam drogę trzy razy, kiedy szliśmy do pokoju wspólnego Ślizgonów i dwa razy podczas naszej drogi powrotnej do Wielkiej Sali. Za każdym razem gwałtownie odskakiwaliśmy do tyłu i lądowaliśmy w jakiejś klasie albo szafie. Nie miałem słów, żeby opisać ten horror, jakim było ukrywanie się w szafie razem z Crabbem i Goylem. Drżałem z obrzydzeniem już na samo wspomnienie.
Powoli otwierając drzwi do sali zdałem sobie sprawę, że mieliśmy więcej problemów. Nasze ofiary właśnie były w środku i nie mogliśmy tam po prostu wejść i rzucić przeciwzaklęcia.
Cholera.
"Musimy ich wywabić"
"Ale jak, Draco?"
"Siedź cicho i pozwól mi myśleć," zażądałem, a oni posłuchali się bez sprzeciwów. Nowopowstała cisza pozwoliła mi usłyszeć rozmowę, która właśnie miała miejsce wewnątrz. Najwyraźniej obudzili się bez żadnych wspomnień (tak, zaklęcie podziałało, byłem genialny), podzielili na grupy i przeszukali zamek. Właśnie dzielili się swoimi odkryciami, kiedy rozpocząłem podsłuchiwanie. Dumbledore i McGonagall siedzieli przy stole nauczycielskim, Snape stał naprzeciwko nich ze skrzyżowanymi na piersi rękami i raczej z zirytowanym wyrazem twarzy, Granger - w ponurym nastroju - była zaraz obok niego. Duet - Potter i Weasley - rozsiadł się na krzesłach w pewnym oddaleniu od pozostałych.
"Więc to jest szkoła?" zapytał Potter, a Dumbledore przytaknął. "A ty jesteś dyrektorem?"
Dumbledore przytaknął ponownie, a ja mogłem się tylko zastanawiać jak, na Merlina, się o tym dowiedzieli. "Ty jesteś nauczycielką," kontynuował Potter wskazując McGonagall, "tak jak i mój ojciec." Snape kiwnął lekko głową po usłyszeniu tego komentarza. Musiałem się z całych sił powstrzymywać przed zemdleniem.
Ojciec?
Chwileczkę? Jak bardzo namieszaliśmy im w głowach? Jak wpadli na pomysł, że Snape był ojcem Pottera? W tym właśnie momencie dołączyła do mojej kolekcji rzeczy niedopomyślenia kolejna myśl.
"A co wy odkryliście?" zapytała McGonagall Pottera i Weasleya.
"Harry jest super bohaterem,"powiedział podekscytowany Weasley, a ja musiałem walczyć z przemożną ochotą walenia głową o framugę drzwi.
"Ehhm... potrafię robić... rzeczy," rozwinął Potter i zaczął wywijać swoją różdżką.
Dumbledore mu przerwał. "Nie chciałbym cię rozczarować, ale sądzę, że nie tylko ty posiadasz w tym towarzystwie pewne moce."
Widziałem jak Potter kiwał głową z przygnębieniem, gdy Dumbledore wyjaśniał, że Hogwart jest szkołą Czarodziejstwa i Magii.
"Chcesz powiedzieć, że my wszyscy potrafimy... czarować?" To był głos Granger. Była pełna wątpliwości. "Dlaczego nie mamy różdżek?"
"Może zgubiliśmy je w czasie tego, co się nam przydarzyło," zasugerował Weasley. Usłyszałem szelesty, kiedy zaczęli ich szukać po całej sali. Nie minęło wiele czasu, gdy profesor Snape burknął, "Tutaj!" i wyciągnął przed siebie kolekcję różdżek. Przez szparę w drzwiach zobaczyłem jak Dumbledore i McGonagall sięgneli bez wahania po swoje różdżki. Nawet Weasley i szlama zdołali instynktownie zidentyfikować swoje.
"A co to jest?" usłyszałem pytanie McGonagall. Zaglądając do środka widziałem ją trzymającą w dłoniach błyszczący i powiewający materiał., który przypominał mi trochę kostium Śmiercio... chciałem powiedzieć, kostium na specjalne okazje mojego ojca. Ahmm.
Skoro nikt nie potrafił zidentyfikować srebrzystego płaszcza, odłożyli go na bok, a ja postanowiłem zbadać go dokładniej nieco później. W tej chwili byłem raczej zajęty słuchaniem ich ostatnich wniosków.
Opiekun mojego domu mówił. "Oprócz spotkań z duchami i rozmawiającymi portretami nie odkryliśmy niczego, co miałoby jakieś większe znaczenie."
"Rozmawialiście z duchem?" dopytywał się wyraźnie zaciekawiony Dumbledore.
"Tak," to była Granger, "Było to raczej pouczające spotkanie."
Profesor Snape rzucił jej spojrzenie przeznaczone specjalnie dla Gryfonów. Powinno było ono zamrozić ją na miejscu, ale nie wywarło na niej wrażenia. Czyżby Snape tracił swoje umiejętności zastraszania? Horror nad horrorami!
"Wydaje się, że jesteśmy... zaangażowani," powiedziała Granger. Zaczynałem się poważnie martwić tym, co zrobiliśmy z ich głowami. Chyba nie mogli przecież w to wszystko wierzyć?
"W czym?" zapytał Weasley.
Potter potrafił wyciągać wnioski o wiele szybciej. "Ugh, masz romans z moim ojcem?"
Wydawało sie, że Weasley też w końcu załapał, "Och, miałaś na myśli ze sobą?"
"To skończone!" wyjaśnił Snape z zaciśniętymi zębami.
"Błe," powiedział Weasley.
Zamknąłem drzwi i odwróciłem się w kierunku moich towarzyszy.
"Całkowicie zniszczyliśmy ich psychikę," oznajmiłem ze spokojem. Popatrzyli się na mnie, jak gdyby to nie było nic nowego - w pewnym sensie nie było. Dumbledore był zniedołężniały od dnia urodzenia, a Potter - przypuszczałem - dostał obłędu po tym jak Sami-Wiecie-Kto rzucił na niego klątwę.
Zdecydowałem się na działanie. "Rzucimy urok na jakiś przedmiot w sali, żeby ich przestraszyć. A kiedy wybiegną przerażeni, wejdziemy do środka i rzucimy przeciwzaklęcie."
~*~*~*~
To naprawdę wyszło mi nie najlepiej.
Jakimś sposobem wypaplałam, że coś było między nami, chociaż wcale nie miałam takiego zamiaru.
A teraz nienawidził mnie jeszcze bardziej, a chłopcy - Harry i Ron, tak się nazywali - byli obrzydzeni. Tak na serio to nie widziałam dlaczego. Nasz związek był nieodpowiedni, prawda, ale Snape był intrygującą osobą. Teraz, kiedy o tym myślałam, zaczynałam rozumieć dlaczego mógł wydawać mi się atrakcyjny. Miał fascynujące oczy, hipnotyzujący głos i... i musiałam przestać się nim zachwycać w tej chwili. 'Weź się w garść, Granger.'
Dumbledore i McGonagall mieli właśnie wyrazić swoje opinie, ale nie zdążyli. Nagle rozpocząło się istne piekło.
Na początku nie wiedziałam, co się działo. Słyszałam tylko skrzypienie i chrobotanie czegoś metalowego. Odwróciłam się by stanąć twarzą w twarz z naszymi przeciwnikami. Zbroje stojące w korytarzu - ożyły! Jeszcze przed chwilą martwi rycerze unieśli miecze i ruszyli w naszym kierunku. Było źle!
Krzyknąłam i pobiegłam do drzwi. Zaraz za mną podążyli Harry i Ron. Odgłosy ciężkich kroków, które słyszeliśmy, świadczyły o tym, że rycerze powoli zaczynali nas doganiać. Profesor McGonagall była tuż za nami. Wykrzyczała, "Uciekajcie, trzymajcie się razem!"
Zanim wybiegliśmy z sali, zerknęłam przez ramię i zobaczyłam jak Dumbledore i Snape podjęli walkę. Wyciągnęli przed siebie różdżki, ale nie wiedzieli, co trzeba było powiedzieć. Cofali się pomału w kierunku drzwi. Nic nie mogłam poradzić na to, że odczuwałam niepokój myśląc o... o nim.
Na zewnątrz McGonagall wepchnęła nas szybko do niewielkiego przedpokoju i zaraz poszła pomóc reszcie. Pojawili się po kilku sekundach porzucając walkę i decydując się na ucieczkę.
Opadliśmy z ulgą na krzesła, gdy tylko usłyszeliśmy, że metalowe kroki robiły się coraz cichsze.
"Co to było?" wydyszał Ron.
"Mogę tylko zgadywać tak samo jak i ty," potrząsnął głową Dumbledore.
Snape, który nadal stał najbliżej drzwi, wyglądał jakby chciał popełnić morderstwo. "Głupie dowcipy, to właśnie były głupie dowcipy."
Zanim mógł to dokładniej wyjaśnić, drzwi otworzyły się z rozmachem i uderzyły go w głowę. Przewrócił się na podłogę. Jedna ze zbrój namierzyła naszą kryjówkę i po cichu się zbliżyła. Gdy Snape leżał bezbronny i ogłuszony, rycerz uniósł miecz.
Nie myśląc o tym co robiłam, podbiegłam do nich. Skierowałam różdżkę w kierunku napastnika i wykrzyknęłam, "Finite Incantatum!" Nie wiedziałam skąd nagle te słowa pojawiły się w mojej głowie. Nie kontrolowałam nawet ruchów nadgarstka. Machnęłam rożdżką. Po prostu sie stało. Rycerz zatrzymał się jak zamrożony w połowie ruchu, a wszystko to przez deszcz iskier, który wytrysnął z różdżki.
Cokolwiek sprawiło, że się poruszał, zniknęło. Ponownie stał się martwym elementem dekoracyjnym.
"Nic ci nie jest?" zapytałam usiłując złapać oddech i szarpiąc za każdą część jego ciała, której mogłam dosięgnąć.
Udało mu się utrzymać mnie przez chwilę na odległość, dopóki nie wstał z podłogi. Również się podniosłam.
"Dzięki tobie. Wydaje się, że przypomniałaś sobie jakiś czar."
Pokiwałam głową nie spuszczając z niego wzroku ani przez chwilę.
"Słuchaj, przepraszam!" wyrwało mi się. "Za wszystko co powiedziałam wcześniej. Wiem, że mnie nie uwiodłeś i nie mam zamiaru cię zgłosić. Myślę, że to co jest między nami, jest obustronne albo nawet ja mogłam to zainicjować. Ale nie czuję się do niczego zmuszana ani nic podobnego. Cieszą się, że nic ci się nie sta..."
Z pewnością byłam na skraju histerii, nie mogłam przestać, tak bardzo mi ulżyło, że nic mu się nie stało. Prawdopodobnie mogłabym tak mówić przez całą noc, jeśliby on nie przedsięwziął pewnych drastycznych środków, żeby mnie uciszyć.
Pochylił się i pocałował mnie.
Och. O mój boże.
To nie był przeciętny pocałunek podziękowawczy. Szybko przeistaczał się w namiętny szał.
Na początku byłam zszokowana, ale gdy pocałunek się pogłębił, odrzuciłam wszelkie wątpliwości. Kiedy otoczył mnie ramionami, pozwoliłam sobie na przeczesanie jego włosów palcami i pożegnałam cały swój zdrowy rozsądek. Wow... ten facet to dopiero potrafił całować... Zamknęłam oczy i poddałam się uczyciom, które wywoływały jego usta dotykające moich, jego język dotykający mojego...
Przerwał pocałunek i popatrzył mi sie prosto w oczy. Zdałam sobie sprawę, że lekko się chwiałam, on również wyglądał na zdyszanego. Byłam mgliście świadoma jakiś wymamrotanych przez pozostałych komentarzy (od potępiających od McGonagal, do odgłosów wymiotowania od Rona i Harrego). Jednak w tej właśnie chwili nie miały one dla mnie najmniejszego znaczenia, na pewno nie, gdy ten właśnie mężczyzna znajdował się przede mną, jego oczy, jego usta... W jego oczach widziałam głód, co częściowo mnie niepokoiło, a częściowo podniecało.
Zanim jednak zdołałam pozbierać się do kupy, znowu się całowaliśmy.
Nie wyglądało na to, żeby zamierzał przestać.
Coż, ja również nie miałam takiego zamiaru.
~*~*~*~
To było naprawdę zabawne, oglądać ich wszystkich jak w pośpiechu wypadli z Wielkiej Sali. Zaczarowana Zbroja podążyła za nimi korytarzem, a my mogliśmybezproblemowo wśliznąć się do teraz już pustej sali.
"Dobra, zajmijcie takie same pozycje jak wcześniej," rozkazałem. "To przywróci im pamięć natychmiastowo, więc musimy uważać, żeby szybko się stąd zmyć. Nie wiemy jak daleko odeszli i nie możemy dać się złapać."
Ojciec by mnie zabił. Albo jeszcze gorzej, mógłby powiedzieć matce. Zadrżałem na tą myśl (drżenie ze strachu na niespodziwane myśli stawało się niepokjącym zwyczajem).
Nawiązaliśmy kontakt wzrokowy i równocześnie wypowiedzieliśmy słowa.
"QUIDQUID LATET APPAREBIT!"
Ponownie wstęgi światła zaiskrzyły i popłynęły w kierunku środka sali.
Teraz cokolwiek by nie robili, natychmiast odzyskają wiedzę o sobie i wszystkie wspomienia.
Cokolwiek by nie robili.
~*~*~*~
Następny rozdział powinien być za jakieś dwa dni. Będzie nosił tytuł - "Jak sobie poradzą?" Mam nadzieję, że ten wam się podobał.